Transport na przymusowe robotyLucyna Łysiak-Kosowska

II wojna światowa cz. V

Panno Ireno będzie łapanka

Przymusowe zatrudnienie Polaków w gospodarce wojennej III Rzeszy stanowiło jeden z podstawowych elementów hitlerowskiej polityki okupacyjnej wobec narodu polskiego. Założenia polityki Hitlera wyznaczały Polakom rolę sług, czy wręcz niewolników niemieckiej Rzeszy, a ziemie polskie traktowały jako bazę taniej siły roboczej.

Rozporządzeniami Generalnego Gubernatora z 26 i 31 października 1939 r. wprowadzony został przymus pracy dla ludności polskiej w wieku od 18-60 lat. Jednakże już 14 grudnia 1939 r. przymus ten został rozszerzony na młodzież od 14 roku życia. Osobom uchylającym się od obowiązku podjęcia pracy grożono surowymi sankcjami, łącznie z zesłaniem do obozu koncentracyjnego. Okupant stosując przymus pracy wykorzystywał ludność do różnych robót. Wywiezieni do Rzeszy pracowali głownie w fabrykach oraz gospodarstwach rolnych. Na okupowanych zaś terenach Polski, wykorzystywano szczególnie tych, którzy dysponowali siłą pociągową zwierząt i sprzętem. Mieszkańcy wsi w ramach szarwarków zatrudniani byli przy naprawie i budowie dróg samorządowych czy gminnych, budowie mostów, a w zimie przy odśnieżaniu. Ludność mieszkająca w pobliżu torów kolejowych zmuszona była do ciągłej ich naprawy. Mieszkańców wykorzystywano także do prac leśnych (posiadacze koni obarczeni byli obowiązkiem wywozu drewna z lasu).

Niemiecki aparat ucisku działał już z całą dokładnością również na interesujących nas terenach.

Z gminy Trześń zostali zabrani między innymi:

 Józef Tworo z Furman – pracował u bauera we młynie  i na roli. Za dobrą pracę w 1943 r. otrzymał przepustkę na tygodniowy urlop do rodziny. Przyjechał do Polski niemieckim pociągiem, wiozącym żołnierzy na wschód, z urlopu nie wrócił, do wyzwolenia musiał się ukrywać[1];

Eugeniusz Stasiak mieszkaniec  Sokolnik - uciekł z transportu kolejowego w okolicach Krakowa, wrócił do rodziny[2];

Stanisław Pikus z Orlisk i Radzimowski z Sokolnik - również nie dotarli do Niemiec, w Krakowie  mieli urządzony postój, byli już po ogólnej dezynfekcji odzieży i przygotowani do wyjazdu, jeszcze tylko zostali wysłani, jako pomocnicy do załadowania żywności na samochód, pojechali odkrytą ciężarówką, zajmując miejsca na zewnątrz, za kabiną (na tzw. plandece). W pewnym momencie skorzystali z nadarzającej się okazji i wyskoczyli, wmieszali się w tłum. Żandarmeria urządziła pościg za zbiegami, ponieważ było ich o wiele więcej, ale bezskutecznie. Młodzieńcy wskoczyli do pociągu Kraków-Dębica, lecz okazało się, że wiezie on niemieckich żołnierzy. Jednak podczas kontroli, żołnierze nie wydali ich żandarmom, wręcz przeciwnie-przykryli ich wojskowymi płaszczami[3];

Helena Jura z Wrzaw - uciekła dwukrotnie, pierwszy raz ze szpitala w Krakowie, gdzie Niemcy robili badania wszystkim kandydatom do pracy. Wyszła na zewnątrz szpitala, aby zaczerpnąć powietrza, tam zauważyła, że nikt nie zwraca na nią uwagi, więc zaczęła oddalać się w bliżej nieznanym kierunku, przed siebie. W tłumie ludzi zobaczyła swoją matkę, która przyjechała do Krakowa, aby ratować córkę.  Stała w grupie kobiet, nieopodal budynku szpitala i czekała zrozpaczona na dalszy ciąg wydarzeń. Przyjechał również sołtys Wrzaw Wojciech Cieśla. To w nim wszyscy pokładali nadzieje, ponieważ Cieśla za każdym takim transportem, jechał do Krakowa i korzystając ze swoich koneksji wśród urzędników, wykupywał młodzież z rąk okupanta. Matka i córka wróciły szczęśliwie do domu. Podczas drugiej wpadki Heleny (wiosną 1944 r.), wszyscy złapani dojechali tylko do Gorzyc, tam zostali zwolnieni. Była to końcowa faza panowania okupanta na tutejszych terenach[4].

Mieszkańcy gminy trześniowskiej skutecznie bronili się przed wyjazdem do pracy, stosując mniej lub bardziej pomysłowe fortele i zabiegi. Najprościej było uciec z domu, ale związane to było z całkowitą zamianą trybu życia. Młodzi uciekinierzy (przeważnie dziewczęta i chłopcy w wieku kilkunastu lat) ukrywali się w snopach zboża lub stogach siana, podszyci strachem i narażeni na różne niebezpieczeństwa. Noce spędzali w piwnicach, stodołach a nawet w szczerym polu między bruzdami ziemniaków. Zamieszkiwali także u znajomych, skąd wcześniej już domownicy zostali wywiezieni do Niemiec, lub u samotnych, bezdzietnych osób – dokąd Niemcy nie docierali[5].

Irena Dul, mieszkanka Sokolnik, była nastolatką o drobnej i szczupłej budowie ciała. Ponieważ wiekiem podlegała przymusowej pracy w Niemczech, pozostawała w kręgu zainteresowania miejscowych władz sołeckich, których obowiązkiem narzuconym przez okupanta, było sporządzenie listy osób niezatrudnionych, a nadających się do przymusowej pracy. Otrzymywała aż siedmiokrotnie wezwanie - kartę na wyjazd. Sześciokrotnie uniknęła łapanki dzięki, między innymi ostrzeżeniom, które otrzymywała od pracownika tutejszego urzędu gminy o nazwisku Dyrkacz. „Panno Ireno będzie łapanka” – informował w zaufaniu urzędnik. Natychmiast należało podjąć jakieś działanie, które pozwoliłoby ustrzec się przed niebezpieczeństwem. Przychodziły jej do głowy różne pomysły, bardziej lub mniej wartościowe, czasem naiwne, lecz wszystkie polegały na podstępnym oszukaniu wroga. Niektóre fortele okazały się skuteczne, inne nie przynosiły pożądanego skutku np. aby oczy łzawiły, symulując chorobę P. Irena nacierała je cebulą, paliła papierosa - efekt okazał się znikomy. Zastosowała również kilkudniową głodówkę, która miała doprowadzić do wycieńczenia organizmu. W porę jednak zaniechała tego eksperymentu. Postanowiła więc umyć głowę i z mokrymi włosami wyszła na 20 -stopniowy mróz. Ten desperacki krok nie przyniósł także oczekiwanego rezultatu. Dziewczyna była w dalszym ciągu zdrowa, a czas naglił. Pamiętnego marca 1944 roku Niemcy zrobili masową obławę na młodzież z Sokolnik. Wjechali do wsi siedmioma pustymi wozami konnymi, na które miały być zabierane ofiary. Część furmanek pojechała w głąb miejscowości, kilka zaś pozostało na początku wioski. Wysypali się z nich żandarmi i natychmiast przystąpili do przeszukiwania domów. Jeśli nie było danego młodzieńca, zabierano jego rodzica, a gdy ten zgłosił się w odpowiednim czasie – rodzica wypuszczano. Irena Dul mieszkała pod nr 5  na początku wsi. Była więc realnie zagrożona. Inicjatywę obrony córki przed okupantem, przejęła w swoje ręce matka Ireny - Regina Dul. Widząc dramatyczną sytuacje, nakazała córce położyć się do łóżka, sama natomiast chwyciła kuchenny nóż i wybiegła z domu. Wróciła bardzo szybko niosąc, w pokrwawionych rękach, zabitego królika. Nakazała córce położyć się do łóżka, a odsączoną krwią uzyskana ze  zwierzęcia zbroczyła pościel, ręczniki i twarz córki. Biorąc pod uwagę mizerną postać dziewczynki, dodatkowo bladą twarz i wytrzeszczone ze strachu oczy - scena wyglądała dość makabrycznie, a choroba upozorowana (prawdopodobnie) na zaawansowane stadium gruźlicy. Jednak cały tragizm sytuacji, krył się w atmosferze i niepewności ogarniającej ten spektakl: czy Niemcy uwierzą? Jeśli odkryją fałsz i podstęp, to całej rodzinie grozi kara śmierci lub obóz koncentracyjny?! Chwile oczekiwania nadejścia niemieckiego patrolu wydawały się wiecznością. Gdy już usłyszeli charakterystyczny stukot wojskowych oficerek, śmiertelne przerażenie ogarnęło wszystkich domowników. Po chwili usłyszeli w drzwiach sieni ostry głos żandarma, który łamaną polszczyzną zapytał:

C-hhórka  jest?  „Jest panie komendancie, ale jest bardzo chora, dostała drugi raz wybuchu krwi! Trzeci raz to już umrze…” z rozpaczą w głosie odpowiedziała matka p. Ireny i uchyliła drzwi do pokoju, gdzie przebywała „chora”. Drobne, skurczone ze strachu ciało dziewczynki, leżące w zbroczonej krwią pościeli, wyglądało bardziej na zwłoki zmarłej niż na kandydatkę - „ochotniczkę” do ciężkich prac polowych. Toteż Niemiec  z politowaniem, a równocześnie  pewnym obrzydzeniem spojrzał w stronę łóżka i  ostrym tonem zadał, gospodyni  dodatkowe pytanie „A krowę macie”? – Nie mamy, komendancie” – usłyszał odpowiedź od matki Ireny. Bardzo  niezadowolony, z takiego stanu rzeczy,  opuścił mieszkanie państwa Dul. Była to ostatnia łapanka podczas II wojny we wsi Sokolniki. W tym dniu zabrano jeńców na siedem przygotowanych furmanek[6].

Mniej szczęścia mieli natomiast  mieszkańcy Sokolnik: Jan Cąpała, Janina Czerepak, Daniela Dul (zaginęła w Niemczech), Stanisław Duma, Józef Duma, Antonina Florek, Mieczysław Jurkowski, Józef Kosicki, Tomasz Kozieja, Felicja Kułaga, Jan Kutyła, Franciszek Kółeczko, Felicja Motyka, Julia Rękas, Janina Rękas, Rzepecka i Janina Turek. Niektórzy z nich zostali odtransportowani do stacji kolejowej w Grębowie, tam otrzymali 1 bochen chleba, który miał być ich  całotygodniowym wyżywieniem. W Grębowie wsiedli do zbiorowego wagonu, wiozącego młodzież z łapanki i odjechali na zachód. Część natomiast przewieziono do budynku gminy w Trześni, następnie do Tarnobrzegu, a tam dołączyli do innych grup udających się w tym samym kierunku.

Z Trześni na przymusowe roboty zostali wywiezieni między innymi: Adam Bojczenko, Franciszek Drzymała, Fajt, bracia Karol, Stanisław, Stefan i Zygmunt Łysiak, ich żony: Jadwiga Łysiak-żona Zygmunta, Katarzyna Łysiak - żona Stefana oraz wiele innych osób.

 Większość z wyżej wymienionych osób wróciła do kraju, po wyzwoleniu.

Fragmenty książki pt. Parafia Trześń i okolice podczas wojen światowych, Gorzyce 2007.

 

Osoby relacjonujące

 ZŁzdF

      

Zofia Łysiak (z domu Florek)

     ICzzdD

Irena Czerwonka ( z domu Dul)

DD

Zaginiona w Niemczech Daniela Dul z Sokolnik


[1] Relacja ustna Józef Tworo - Furmany

[2] Relacja ustna Zofia Łysiak - Trześń

[3] Relacja ustna Maria Pikus - Orliska

[4] Relacja ustna - Helena Wydra - Wrzawy

[5] Relacja ustna  – Z. Łysiak 

[6] Relacja ustna Irena Czerwonka (Dul)

e-max.it: your social media marketing partner